Fundacja Adopcji Serca Poznańskiej Wspólnoty Ruchu Solidarności z Ubogimi Trzeciego Świata “Maitri” Ruch „Maitri” jest członkiem Ogólnopolskiej Rady Ruchów Katolickich

Zróbmy razem coś pięknego dla Boga

Miłość charytatywna nie ma granic

Ks. Dawid Dziedzic SAC, z którym rozmawiałem o trzęsieniu ziemi w Wenezueli, jest proboszczem parafii Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny w mieście Guarenas, z którą współpracujemy w ramach Adopcji Serca i dożywiania najbiedniejszych dzieci. Rozmowa z nim została przeprowadzona telefonicznie w dniu 7 lipca 2026.

Wojciech Zięba: Szczęść Boże, księże Dawidzie.

Ks. Dawid: Szczęść Boże, Panie Wojciechu, szczęść Boże, dobrzy ludzie. Pozdrawiam serdecznie.

W.Z.: Proszę nam powiedzieć coś o sobie, o parafii, w której ksiądz pracuje, a także o ludziach, z którymi ksiądz się spotyka na co dzień i którym jak wiemy, parafia dzisiaj niesie pomoc po trzęsieniu ziemi.

Ks. Dawid: Jestem kapłanem pallotyńskim, misjonarzem, który pracuje w Wenezueli od dziesięciu lat. Tak naprawdę całe moje kapłaństwo to jest misja tutaj, w Wenezueli. Z radością tu przyjechałem, ale też z lękiem, czy zdołam podołać wymaganiom. Ale jestem tutaj już dziesięć lat i bardzo dobrze się czuję. Pewnie dlatego, że ludzie w Wenezueli są bardzo ciepli, otwarci, przyjaźni, szybko nawiązują kontakty i są bardzo solidarni. Będziemy za chwilę rozmawiać o ich solidarności po trzęsieniu ziemi i w naszej parafii, i w naszym mieście, i w Caracas, i też w La Guaira, gdzie jest najwięcej skutków negatywnych. Nasza parafia posługuje w Guarenas. Mamy około pięćdziesięciu tysięcy ludzi na terenie parafii. Przychodzi do kościoła ponad tysiąc pięćset. Nasza parafia dość prężnie działa w wymiarze wiary, w wymiarze edukacji oraz w wymiarze pomocy charytatywnej, która jest jedną z ważnych dziedzin pracy w naszej parafii. Dużo pomagamy w wyżywieniu i z lekarstwami. Dzięki Fundacji Adopcji Serca docieramy do dzieci. Pomagamy im z ubraniami i artykułami szkolnymi, żeby mogły lepiej się uczyć. Mamy kursy języka angielskiego, kursy komputerowe, świetlicę środowiskową, mamy też jadalnię świętego Wincentego Pallottiego. I naturalnie ludzie zaczęli przychodzić do nas i przynosić rzeczy, żeby pomóc ludziom, którzy stracili dach nad głową w trzęsieniu ziemi. Nasza parafia jest jednym z punktów pomocowych. Mamy bardzo dużo wolontariuszy – zarówno katolickich, jak i niekatolickich. Bardzo zbliżają się do nas nasi bracia protestanci zielonoświątkowi, ale wolontariuszami są i tacy, którzy do kościoła nie chodzą, nie wierzą. Naturalnie staliśmy się takim centrum pomocowym. Też dzięki temu, że z Polski do nas przychodzi pomoc, możemy więcej dzielić się z ludźmi i pomagać.

W.Z.: Proszę powiedzieć, jak wygląda sytuacja w parafii, jeżeli chodzi o potrzeby? Nie mówię jeszcze o trzęsieniu ziemi, ale jak to wyglądało przedtem. Jaki procent ludzi wymaga jakiejś pomocy?

Ks. Dawid: Gdybyśmy porównywali parafię wenezuelską z parafiami polskimi, to podejrzewam, że pomocy by potrzebowało 95 procent ludzi. Natomiast tutaj nauczyliśmy się żyć na niższym poziomie, niż żyje Europa. Ale i tak przynajmniej 35 procent ludzi między dziećmi, dorosłymi i seniorami potrzebuje wsparcia. Staramy się wesprzeć najbardziej dzieci i seniorów. Dzieci, bo są przyszłością narodu, a seniorów, bo dali dużo temu krajowi i też dali dużo Kościołowi, ufundowali nasze kościoły, więc jest to nasza wdzięczność. Mamy w parafii klub seniora – spotykają się raz w tygodniu, mają różne zajęcia – i zabawy, i naukę. Teraz są wolontariuszami centrum pomocowego. Najważniejsze potrzeby mają dzieci i seniorzy w zakresie edukacji, leków i wsparcia finansowego. Często nie mają się w co ubrać. Pamiętam, jak raz przyszli do kościoła niezbyt ładnie ubrani. To mnie zdziwiło, bo generalnie do kościoła chodzimy ładnie ubrani. Okazało się, że najzwyczajniej w świecie nie mają ubrań, więc zaczęliśmy ich wspierać też ubraniami i różnymi rzeczami. Generalnie staramy się odpowiedzieć na to, czego potrzebują. I tutaj właśnie jest duża zasługa Fundacji Adopcji Serca. Wsparcie, które nam dajecie, jest bardzo wielkie. Wielu, naprawdę wiele dzieciaków, które nie miałyby możliwości dobrej, godnej nauki, dzięki Adopcji Serca możemy wesprzeć materialnie, aby mogły rozwijać się w szkole i w swoim rozwoju ludzkim. Przepiękne dzieło, które już ma ponad pięć lat tutaj w parafii. W ostatnich lata dzięki waszej Fundacji działa jadalnia świętego Wincentego Pallottiego, która przyjmuje codziennie od poniedziałku do piątku od 50 do 100 dzieciaków. Możemy im dać ciepły posiłek, aby miały też motywację iść dalej i rozwijać się. Bardzo wam dziękujemy za to wsparcie i włączanie się w nasze dzieła charytatywne.

W.Z.: A jak wygląda sytuacja po trzęsieniu ziemi? Jakie są skutki na terenie parafii, miasta? W szczególności interesuje nas, naszych ofiarodawców, los naszych podopiecznych z Adopcji Serca i ze stołówki oraz los ich rodzin. Czy są poszkodowani?

Ks. Dawid: Trzęsienie ziemi miało najwięcej skutków w La Guaira (to jest miasto nad morzem, gdzie jest lotnisko międzynarodowe) i w Caracas. W Guarenas mamy około dziesięciu bloków, które są do wyburzenia albo już się zawaliły. W naszej parafii mamy jeden blok, który musieli opuścić mieszkańcy ze względu na uszkodzenia struktury budynku, a także trzy rodziny straciły dom. W naszej parafii szkody są dużo mniejsze, niż w innych parafiach w Guarenas czy w Caracas, czy w La Guaira, gdzie są największe szkody. Jeżeli chodzi o nasze dzieci z Adopcji Serca, dzięki Bogu nie straciły domów. Są szkody materialne, pospadały jakieś tam cegły czy jakieś ściany. Natomiast nie są to szkody tak duże, jak w innych miejscach. Chyba największą potrzebą teraz jest wsparcie psychologiczne, duchowe i medyczne. Jesteśmy teraz w czasie żałoby narodowej. W Wenezueli nie można teraz słuchać muzyki publicznie. Generalnie jest dużo ciszy, co nie jest tutaj normalne. Więc stwierdziliśmy, że nie będziemy robić na razie żadnych zajęć z muzyką, ale chcieliśmy dać trochę radości dzieciom i w jednym z naszych domów misyjnych zrobiliśmy zajęcia animacyjne, konkursy dla nich, żeby mogły troszkę odciąć się od smutnej rzeczywistości. Wielu straciło przyjaciół czy sąsiadów. Okazało się, że wielu z naszej parafii było w La Guaira w czasie trzęsienia ziemi – czy to na jakichś imprezach, czy na spotkaniach z rodzinami. Mieliśmy już siedem pogrzebów. Staramy się te dzieci przede wszystkim wesprzeć psychologiczne, medyczne i duchowo, a równocześnie oceniamy na razie straty. Przygotowuje się centrum, gdzie będą mieszkać ludzie, którzy stracili domy. W naszej okolicy będzie pięć takich centrów. Dzięki Bogu ludzie z naszej parafii nie mają takiej potrzeby, bo rodziny i sąsiedzi się zajęli tymi, którzy stracili domy.

W.Z.: Na czym polega pomoc wolontariuszy? Wspominał ksiądz, że zbieracie jakieś rzeczy i rozprowadzacie. Czy robicie to na terenie parafii, czy również gdzieś indziej?

Ks. Dawid: Mamy wielu wolontariuszy – teraz ponad stu. Część pracuje w naszym punkcie pomocowym. Sortują ubrania, leki, jedzenie, które ludzie nam przynoszą czy to do parafii, czy do punktów zbiórkowych w centrach handlowych. Druga grupa jeździ i sprawdza wszystkie zawiadomienia, które dostajemy o ludziach, którzy stracili swój dobytek i już mieszkają w Guarenas. Niektóre rodziny przyjęły tych, którzy stracili dobytek, więc staramy się dotrzeć do tych rodzin i dowiedzieć się, co potrzebują. Wczoraj takie piękne spotkanie miałem z kobietą z dziećmi, która jest protestantką zielonoświątkową. Nasi wolontariusze tam dotarli, a ona mówi, że potrzebuje wsparcia księdza, żeby ksiądz ją posłuchał. Oni mówią: „Ale to jest ksiądz katolicki”. Odpowiada: „Ja potrzebuję księdza”. To takie było piękne. Pojechałem tam, godzinę posiedzieliśmy razem, chwilę porozmawialiśmy. Ona generalnie mogła się wygadać, ja mogłem tylko posłuchać. Niewiele tam zdziałałem, ale chociaż mogłem jej posłuchać. Wsparliśmy ją też lekami, bo ma rany na nogach i rękach, których doznała uciekając z walącego się domu. Wzięliśmy też jedzenie dla tej rodziny. Staramy się docierać do rodzin, które przyjmują tych, którzy stracili swój dobytek. Coraz więcej jest tych rodzin. Wczoraj wolontariusze trafili do dziesięciu rodzin na terenie parafii.

Jeździmy też tam, gdzie pracują ratownicy medyczni w La Guaira, gdzie są największe szkody – to jest od nas godzina i dziesięć minut jazdy. Zawozimy im rzeczy, słuchamy ich… Mówią, co potrzebują, i zawozimy im lekarstwa, jedzenie, zawozimy im rękawiczki, bo nie mają zbyt dużo wsparcia z innej strony. Jak wyjechaliśmy z wolontariuszami wieczorem, to wróciliśmy po północy. Też było ciekawe spotkanie. Gdy dotarliśmy do jednego punktu, w którym ratownicy pomagali, to jeden ratownik włoski, który chyba jest bardzo wierzący, gdy się dowiedział, że jestem księdzem, poprosił mnie, żebym się zbliżył do jednej rodziny, by pomodlić się z nimi, wesprzeć ich modlitwą i chwilę pobyć z nimi, bo wkrótce wyciągną dwa ciała – babci i wnuczki tej rodziny. To było piękne spotkanie modlitewne. Mogliśmy po prostu chwilę pobyć razem. Nie za bardzo wiedziałem, co powiedzieć, bo w takich sytuacjach to człowiekowi słów brakuje, ale mogliśmy się chociaż pomodlić. Okazało się, że ci, którzy przeżyli z tej rodziny, będą przesiedleni do Guarenas, tam, gdzie my jesteśmy. Jakiś znak Boży widzimy w tym spotkaniu.

Docieramy też do Caracas, do różnych domów zakonnych, które przyjmują dzieci. Sprawdzamy potrzeby.

Trzecia grupa wolontariuszy przygotowuje paczki i wyjeżdżają, dowożą to, co potrzeba, do wszystkich miejsc, w których jesteśmy pewni, że pomoc jest potrzebna.

W.Z.: A jak wygląda zaopatrzenie? Bo te paczki, jak rozumiem, częściowo pochodzą z tych darów, o których ksiądz wspominał, od solidarnych ludzi, którzy dzielą się między sobą. Ale czy sklepy są zaopatrzone? Czy można kupić wszystko, co niezbędne?

Ks. Dawid: W naszej okolicy są zamknięte tylko dwa centra handlowe. Można kupić w naszych sklepach lekarstwa, jedzenie, ubrania. Ludzie wspierają się na miejscu między sobą, ale też wsparcie przychodzi z zewnątrz z kilku fundacji z Polski, też naszych i pallotyńskich i od Fundacji Adopcji Serca. Ciekawe doświadczenie miałem z pomocą zagraniczną. Dzwoni do mnie pastorka z Atlanty, ze Stanów Zjednoczonych, i mówi, że jej kongregacja chce nam wysłać pomoc, bo jestem wiarygodny. Mówię: „Ale ja jestem księdzem katolickim.” A ona odpowiada: „To nieważne. Jesteś wiarygodny.” To było miłe, że między wyznaniami chrześcijańskimi możemy wspólnie podjąć dzieło charytatywne. Samoloty mogą przylatywać i też statki dopływają z darami albo wysyłają pieniądze i my tu kupujemy co potrzeba na miejscu.

W.Z.: Rozumiem, że skoro szukają kogoś wiarygodnego, to są też osoby czy organizacje niewiarygodne.

Ks. Dawid: Dokładnie tak. Niestety nie mają dużej wiarygodności oficjalne instytucje wenezuelskie, natomiast instytucje kościelne dzięki Bogu tak. Ci, którzy nie są katolikami, chcą się do nas dołączyć. My też jesteśmy bardzo transparentni. Codziennie pokazujemy, gdzie docieramy. Nie po to, żeby się chwalić, tylko żeby ludzie widzieli, że to, co nam przynoszą, staramy się rozdzielić jak najbardziej uczciwie.

W.Z.: Rozumiem, że ciągle rozeznajecie potrzeby, ale jak sobie ksiądz wyobraża skalę tych potrzeb na dzisiaj, na jutro, za miesiąc, za rok może?

Ks. Dawid: Skala jest bardzo duża, bo będą ośrodki, gdzie zamieszka po 100-200 osób, które nie mają jedzenia, leków, nie mają ubrań. Trzeba im to wszystko zawieźć. Zawozimy jedzenie przygotowane dla małych dzieci, dla dorosłych, a także produkty trwałe. Skala potrzeb jest bardzo duża. Dzisiaj to jest jedzenie, leki, ubrania i artykuły higieniczne. Już zaczynamy myśleć o przyszłości, bo choć na razie przez dwa miesiące nie można nic budować ani odnawiać budynków, bo jeszcze powtarzają się wstrząsy, które dochodzą do trochę ponad trzech stopni w skali Richtera, jednak za chwilę będzie to duża potrzeba. Jak przejechałem przez naszą parafię, to rzeczywiście jest wiele budynków, których ściany trzeba będzie odnawiać. Też nasze kościoły. Za dwa, trzy miesiące najbardziej potrzebne będą remonty.

W.Z.: Jakie kwoty jesteście w stanie wykorzystać przy takim personelu, jaki macie obecnie?

Ks. Dawid: Na razie 10-20 tysięcy dolarów. Natomiast przygotowujemy się na większe kwoty na przyszłość, żeby wesprzeć ludzi w zakupie cegieł, cementu… Na pewno te kwoty można pomnożyć przez dziesięć.

W.Z.: My też chcielibyśmy wesprzeć parafię w jej pracy charytatywnej na rzecz osób poszkodowanych przez trzęsienie ziemi, ale często słyszę: Dlaczego pomagacie tak daleko, skoro w Polsce jest tylu biednych? Już ksiądz mówił, jaka jest różnica w poziomie życia między ludźmi w Wenezueli i w Polsce. Ale dlaczego nie mamy się zająć pomocą tutaj, na miejscu, tylko gdzieś na drugim końcu świata?

Ks. Dawid: Niedawno byłem na wakacjach w Polsce, więc widziałem poziom życia i wydaje mi się, że dość sympatycznie się żyje w Polsce w porównaniu z tym, co mamy tutaj. Przykład bardzo prosty: w Polsce wszystkie dzieciaki mają dostęp do szkolnictwa pięć razy w tygodniu. W Wenezueli do szkoły chodzi się tylko dwa razy w tygodniu, albo maksymalnie trzy. Choćby taka różnica. Dla naszych dzieci w Guarenas, którym zawieźliśmy takie najprostsze hot dogi, to był wielki rarytas. A można zapytać się polskich dzieci, czy zje takiego zwykłego hot doga z parówką, do tego trochę sosów, to wielu nawet na to nie spojrzy. Więc jest duża różnica. A dlaczego pomagać daleko?

Uczymy naszych ludzi, że miłość charytatywna nie ma granic. Piękne świadectwo tej pani pastorki, która mogła powiedzieć: „Ty jesteś księdzem katolickim, więc ja ci nie pomogę, tylko będę szukać pastorów”. A ona jednak mówi: „Nie, ważniejsza jest pomoc, niż nasze podziały teologiczne”. Miłość charytatywna przekracza granice.

Gdy jeżdżę po Polsce, proszę o wsparcie, bo jak widzę te nasze dzieciaki w Wenezueli, które są bardzo sympatyczne, bardzo miłe, ale nie mają możliwości, żeby się uczyć, nieraz nie mają też sił, gdyż brakuje im po prostu energii, bo nie mają jedzenia, to wydaje mi się bardzo smutne. Mam przyjaciół z Krakowa, którzy sami uczą swoje dziec, jak pomagaći. Ja im wysyłam filmiki czy zdjęcia, a oni je uczą: „Zobacz, jak inni potrzebują pomocy, a wam jest tak dobrze. Pomożemy im”. I są takie dzieciaki malutkie, które nieraz dostają jakieś pieniążki na ciastko czy coś innego, ale oddają je swojej mamie i mówią: „Weź to dla wujka Dawida z Wenezueli i wyślij pieniążki”. W Polsce też trzeba pomagać, to nie ma dwóch zdań, ale u nas w Wenezueli jest dużo większa potrzeba.

W.Z.: Aktualnie w Polsce przeżywamy rok duszpasterski pod hasłem „Uczniowie-misjonarze”…

Ks. Dawid: No proszę! Uczeń-misjonarz to jest stwierdzenie, które wyszło z Ameryki Południowej. Pięknie, że dochodzi do całego Kościoła, który nas uczy, że zawsze mamy być uczniami. Żeby być misjonarzem, trzeba być uczniem. Trzeba się wsłuchiwać. Uczeń-misjonarz według tego, co nas tu uczą w Kościele Ameryki Południowej, to jest taki człowiek, który zawsze jest gotowy słuchać i pomagać. I nie stawia granic, tylko je przekracza i dociera tam, gdzie jest potrzeba. Na pewno piękny jest ten rok, który nas uczy pokory, wsłuchiwania się w potrzeby drugiego człowieka i odpowiadania na nie.

W.Z.: Bardzo dziękuję za nasze spotkanie, choć na odległość, i zwracam się również do wszystkich, do których dotrze to przesłanie, aby wsparli dzieło pomocy ofiarom trzęsienia ziemi w parafii w Guarenas.

Ks. Dawid: Bardzo dziękuję panie Wojciechu za tą rozmowę. Bardzo dziękuję za wszelkie wsparcie od waszej Fundacji i dziękuję za wysłuchanie księdza z Wenezueli. Pozdrawiam, ksiądz Dawid.

W.Z.: Szczęść Boże!

Dowiedz się więcej

Przeczytaj: