Fundacja Adopcji Serca Poznańskiej Wspólnoty Ruchu Solidarności z Ubogimi Trzeciego Świata “Maitri” Ruch „Maitri” jest członkiem Ogólnopolskiej Rady Ruchów Katolickich

Zróbmy razem coś pięknego dla Boga

Ludzie w Wenezueli nocują na ulicach

Ks. Andrzej Tekieli SAC, z którym rozmawiałem o trzęsieniu ziemi w Wenezueli, jest wikariuszem pallotyńskiej parafii Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny w mieście Guarenas. Odpowiada też za dzieła i projekty charytatywne parafii. Współpracujemy z nim w ramach Adopcji Serca i dożywiania najbiedniejszych dzieci. Rozmowa z nim została przeprowadzona telefonicznie w dniu 10 lipca 2026.

Wojciech Zięba: Szczęść Boże, Księże Andrzeju. Proszę nam powiedzieć coś o sobie. Gdzie ksiądz pracuje? Z jakimi ludźmi się spotyka?

Ks. Andrzej: Już dwadzieścia lat pracuję w parafii miejskiej w Guarenas w Wenezueli. Jest to piękna praca misyjna. W parafii jestem wikariuszem oraz odpowiedzialnym za wszelkie projekty i dzieła charytatywne w parafii. Na co dzień pracujemy w dzielnicach ubogich. Ludność jest zróżnicowana. Mamy możliwość doświadczać dobra i radości tych, którzy przychodzą do kościoła, ale też wychodzimy do ludzi w dzielnicach bardzo ubogich, gdzie dostarczamy pomoc żywnościową. Prowadzimy różne programy, jak Adopcja Serca czy dożywiania, ale i też zwyczajną pracę ewangelizacyjną, zapewniając przede wszystkim sakramenty i Słowo Boże.

W. Z.: Jak wyglądała sytuacja ludzi, którym ksiądz pomaga, przed trzęsieniem ziemi? Dlaczego potrzebna była pomoc?

Ks. Andrzej: Pomoc jest potrzebna, ponieważ ludzie w Wenezueli żyją na granicy ubóstwa. Mają własny dom, który często daleko odbiega od naszych wyobrażeń o domu. Zamyka się drzwiami, które nie mają zamka. Ale w aktualnej sytuacji przez zawalenie domów, przez zawalenie dachów ludzie stracili swoje skromne majątki, miejsce, gdzie mogą spać… Dlatego często przebywają na ulicy. Często idą do kościoła.

W różnych dzielnicach domy wyglądają inaczej. Mamy bloki, mamy też małe domki. Ludzie mogą mieszkać w blokach, ale mają tylko łóżko, kuchenkę i nic więcej, bo wszystkie rzeczy posprzedawali, gdyż nie są w stanie się utrzymać. W małych domkach w obecnej sytuacji, kiedy nie zarabiają, też mają pusto. Tylko łóżko albo materc, może jedno krzesło, stół… Jeżeli mają kuchenkę gazową, jest dobrze. Czasami nawet jej nie mają, tylko elektryczną.

Najtrudniejsza sytuacja jest w dzielnicach ubogich, gdzie mają domki sklecone z kartonu, płyt wiórowych, desek, blachy i innych prowizorycznych materiałów. Dach jest z blachy albo z dykty. To wszystko jest kruche, w dużej mierze się rozwala, więc na bieżąco muszą naprawiać. W takich domkach też mają sklecone prowizorycznie łóżka czy materace. Czasem śpią na deskach. Często mają kuchenkę gazową z jednym palnikiem, gdzie mogą sobie przygotować posiłek, albo też robią to na ognisku. W obecnej sytuacji w czasie trzęsienia ziemi potracili w dużej mierze też te swoje domy. Często mieszkają teraz u sąsiadów, którzy mieli domy solidniejsze.

Trzęsienie ziemi, o którym mówimy, to tak naprawdę dwa trzęsienia w odstępie czterdziestu sekund. Magnituda wyniosła 7,3 i 7,5 w dziesięciostopniowej skali Richtera. Nakładające się fale sejsmiczne wzmacniały się, tak że było to wręcz ponad 10 stopni. Skutki są olbrzymie. Na terenie naszej parafii największe szkody są w blokach, gdzie są popękane ściany, a w niektórych miejscach zawalone dachy. Także i w ubogich dzielnicach mamy szkody, bo też te budynki nie są dobrze zbudowane, więc zawalają im się dachy. Najczęściej szkody są lekkie, ale są też pęknięcia ścian. Natomiast jeśli chodzi o ofiary śmiertelne, mieliśmy wielkie szczęście. Nawet nasze kościoły Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny i Świętego Mikołaja z Bari nie ucierpiały tak bardzo, jak budynki w innych częściach Guarenas, gdzie zawaliło się wiele bloków.

W. Z.: Proszę powiedzieć o sytuacji w parafii po trzęsieniu ziemi.

Ks. Andrzej: Sytuacja ludzi jest bardzo trudna ze względu na lęki, które przeżywają. Ludzie z powodu nawracających wstrząsów wtórnych nocują na ulicach, w samochodach, ale też w kościołach. Nie chcą wracać do swoich bloków, do domów. Dostarczamy im pomoc żywnościową, posiłki, które, które mogą zjeść. Angażujemy ludność do sortowania ubrań, ale też leków i rzeczy osobistych, które do nas trafiają i dostarczamy je potrzebującym, ale także żywności, którą gromadzimy na najbliższy czas, ponieważ ludzie, którzy stracili swoje domy, będą teraz przesiedlani, także na teren naszej parafii.

Aktualnie skupiamy się na organizacji wszelkich rzeczy, których ci ludzie potrzebują. Pierwszą sprawą jest woda, ponieważ trzeba się nawadniać w takim klimacie, więc gromadzimy duże ilości wody dla ludzi, którzy do nas przychodzą. Druga rzecz to posiłki, które im dostarczamy, ponieważ oni nie mają na czym gotować, gdyż potracili butle gazowe, kuchenki gazowe, a elektryczność nie funkcjonuje. No i często aktualnie nie mogą znaleźć też drewna, żeby zrobić ognisko. Dlatego najłatwiejszą sprawą jest przygotować posiłek w naszej jadalni na tyle, na ile jest możliwe i na ile otrzymujemy pomoc. Dla osób, które mogą przygotować swoje posiłki, dostarczamy konkretne produkty żywnościowe. Kolejna forma pomocy to ubrania i leki. Wcześniej sprawdzamy, czy dana osoba czy rodzina naprawdę potrzebuje pomocy, żeby też nie było nadużyć, które się mogą zdarzyć.

W. Z.: Proszę powiedzieć, jak aktualnie w tych warunkach, jakie istnieją, może funkcjonować Adopcja Serca?

Ks. Andrzej: Wspólnie z Fundacją Adopcji Serca realizujemy dożywianie dzieci najbardziej potrzebujących. W projekcie mamy ponad pięćdziesiąt dzieci, funkcjonuje także Adopcja Serca dla dzieci, które potrzebują wsparcia w edukacji – włączonych zostało 100 dzieci. Adopcja Serca może funkcjonować bez przeszkód. Jeżeli środki będą przekazywane tak jak dotychczas, to możemy dostarczać dzieciom ubrania, żywność czy też rzeczy, które będą im potrzebne do funkcjonowania w szkole. Te rzeczy możemy kupić. Sklepy funkcjonują. Oczywiście ceny skoczyły do góry, ale nie musimy tych zakupów robić akurat teraz. Możemy trochę odczekać, bo aktualnie rok szkolny powoli się kończy, jest ostatni semestr. Najważniejsza rzecz to trzeba zorientować się – i to robimy aktualnie – jak dzieci z Adopcji Serca przeżyły ten czas i jaka jest ich sytuacja życiowa. Wprowadziliśmy stały system. Rozmawiamy najpierw z osobami, które są odpowiedzialne za dzielnice ubogie, bo oni się orientują, kto najbardziej potrzebuje i czy naprawdę potrzebuje pomocy. Są dzieci, w których domach są rozwalone ściany czy dachy. To już wiemy. Natomiast chcemy bezpośrednio dotrzeć do każdego domu, żeby nie było nadużyć, bo też się mogą zdarzyć.

W. Z.: Jak możemy pomóc ofiarom trzęsienia ziemi? Czy taka pomoc z zewnątrz jest potrzebna? Jeżeli tak, to jaka jest skala tych potrzeb?

Ks. Andrzej: Skala potrzeb jest aktualnie badana. Do tej pory są odnajdywane osoby żywe. Powoli poszkodowani zmieniają też miejsce pobytu, są przesiedlani w różne części kraju, określane są miejsca, gdzie będą mieszkali i jakie będą potrzeby. A pomoc jest potrzebna nie tylko na jeden tydzień. To będą miesiące, jeśli nie lata. Od żywności, przez leki, ubrania, ale także w przyszłości znalezienie pracy, aby mogli się utrzymać, remonty budynków… Wszelkie środki można przekazywać na konta Fundacji Adopcji Serca. Będą przekazane do naszej parafii i będą wykorzystane na pomoc dla osób poszkodowanych.

W. Z.: Dlaczego właściwie mamy pomagać? Bo często słyszę, że w Polsce jest tyle biedy, a wy pomagacie gdzieś na drugim końcu świata. Jak ksiądz to widzi?

Ks. Andrzej: Bardzo prosto. Kiedy Polakom było trudno w Polsce, kiedy mieliśmy komunizm, wiele krajów po przemianach pomogły Polakom i mogliśmy dźwignąć się w rozwoju. W Wenezueli mamy ponad tysiąc Polaków, którzy mogą głosować. Oni mają swoje rodziny, ale też jest więcej Polaków, którzy do tej pory nie otrzymali obywatelstwa. Oni też otrzymali w pewnym momencie możliwość od Wenezuelczyków, żeby tutaj żyć, kiedy ich kraj był w dobrej sytuacji ekonomicznej, a w Polsce w czasach komunizmu było ciężko. Z tej perspektywy uważam, że my też możemy pomagać innym, którzy nam pomagali i okazywać im serce. Ukazuje to też program duszpasterski w Polsce pod hasłem „Uczniowie-misjonarze”. My, jako uczniowie otrzymaliśmy wiele. Teraz możemy pomagać innym jako misjonarze. My wyobrażamy sobie Wenezuelczyka, który mieszka w bloku, że ma bardzo dobre życie. Ma domek, więc też ma bardzo dobre życie. Tylko że taki Wenezuelczyk średniej klasy zarobił sobie na to przez trzydzieści lat, żyjąc w ubogiej dzielnicy. Kupił sobie mieszkanko albo apartament i jeszcze spłacał kredyty. Raptem przyszedł komunizm, który tak naprawdę zabrał mu wszystko, co zyskał przez ciężką dwudziesto-, trzydziestoletnią pracę. Ci ludzie tak naprawdę żyją na skraju wyczerpania, bo to, co powinni zaoszczędzać, muszą wydawać na bieżąco. To, że mają mieszkanie, nic nie znaczy, bo w domu nie mają nic. W Polsce ktoś mieszkam w bloku we własnym mieszkaniu, to już jest wyższy status, a tutaj tak naprawdę dla wielu ludzi jest to przekleństwo, bo na przykład wiele osób chciałoby się przeprowadzić, ale jak, jak sprzeda dom czy mieszkanie, to otrzymają bardzo, bardzo małe sumy w tym momencie, a nie kupią za to nic lepszego, czyli wyprowadzą się do jeszcze uboższej dzielnicy, w której żyli wcześniej przez trzydzieści, czterdzieści lat.

W. Z.: A jak ksiądz osobiście przeżył to trzęsienie ziemi?

Ks. Andrzej: Byłem w tym czasie w kościele. Widziałem lęk ludzi. Więc odprawiliśmy Mszę świętą, a potem pomagaliśmy tym wszystkim, którzy przychodzili do kościoła przenocować. Nikt nie chciał przebywać w blokach, bo im się całe ściany ruszały. Lęk jest olbrzymi! Ludzie siedzą na ulicach, koło kościoła, pod dachem, biorą śpiwory czy koce, bo nie chcą wejść do środka, bo do tej pory się boją. Dzisiaj mówili, że budzą się co chwilę w nocy, bo są wstrząsy wtórne, które są niby płytsze, ale powodują lęk, bo nie wiadomo, czy w najbliższym czasie nie będzie czegoś mocniejszego. Dla mnie i dla innych był to czas wielkiego stresu, a obecnie ludzie wpadają do stanu traumy. Też przeprowadziliśmy w tamtym tygodniu sesję psychologiczną, żeby wytłumaczyć ludziom, jak reagować w czasie, kiedy występuje sytuacja lękowa, bo widać było, że oni po prostu w każdej chwili czują, że jest wstrząs.

W. Z.: Bardzo dziękuję za rozmowę.

Ks. Andrzej: Pozdrawiam serdecznie.

Dowiedz się więcej

Przeczytaj: